Stawiamy na profilaktykę, bo lepiej zapobiegać niż leczyć

16 wrz 2020

W miejscowości Grobia (woj. wielkopolskie) pan Maciej Walorczyk, młody (26-letni) i ambitny hodowca z tytułem magistra rolnictwa wspólnie z wujem prowadzi od 5 lat gospodarstwo. W październiku 2019 r. zagościły w nim świnie. Pan Maciej utrzymuje 120 loch w cyklu 5-tygodniowym, otwartym.

Maciej Walorczyk
Polska

Polskie warchlaki

Choć rodzinie pana Macieja hodowla (najpierw drobiu, później bydła) towarzyszyła zawsze, świń nie było. Dlaczego więc pojawiła się trzoda? Sympatia do zwierząt oraz dofinansowanie unijne do produkcji prosiąt sprawiły, że pan Maciej zdecydował się na dołączenie do grona hodowców trzody chlewnej. Pan Maciej sam przyznaje, że decyzja o hodowli świń była dość szalona ze względu na brak doświadczenia w tym temacie. Otrzymywane wyniki potwierdzają, że było warto i mimo młodego wieku i mniejszego lub zerowego doświadczenia, można rozpocząć hodowlę.

Karolina Pietrzko: Jakie jest zainteresowanie odbiorem pana prosiąt? Jacy są dzisiejsi odbiorcy? Czym kierują się przy wyborze?

Maciej Walorczyk: Nie mam problemów ze sprzedażą [pomijając obecny czas, kiedy moje gospodarstwo zostało objęte „czerwoną strefą” w związku z rozprzestrzenianiem się wirusa ASF – uzupełnia pan Maciej, już po pewnym czasie od momentu przeprowadzenia wywiadu]. Często wręcz brakuje prosiąt.Jednakże mam to szczęście, że 95% moich sztuk odbiera czterech głównych odbiorców. Taka współpraca daje stabilizację, pewność i spokój. Nie wariujemy z cenami jak na giełdzie. Mam zapewniony zbyt, zarówno wtedy, kiedy cena jest niska, jak i wysoka. Gdy prosiaki mają wysoką cenę, podchodzę łagodniej do tematu, obniżając ją, a kiedy cena prosięcia wynosi np. 120 zł, odbiorcy przymykają oko i płacą więcej. Kupujący ode mnie prosięta mają natomiast gwarancję jakości i jak widać, doceniają to, ponieważ wracają. Cena jest ważna, ale nie najważniejsza.


Dlaczego warto zdecydować się na polskiego prosiaka, a nie importowanego? Jakie są różnice?
Cena polskiego warchlaka jest bardziej korzystna. Prosięta hodowane w Polsce cechują się także lepszą zdrowotnością, m.in. ze względu na brak dodatkowego stresu, jaki przysparza się duńczykom podczas kilkunastogodzinnego transportu. Moje jadą nie dalej niż 10-11 km. Co prawda, osobiście, nie mam doświadczenia z duńskimi prosiętami, ale wielokrotnie słyszałem od innych hodowców, że przez pierwsze dni duńskie prosięta są bardzo zmęczone, wycieńczone, mają pogryzione uszy. Stres im nie służy i negatywnie wpływa na zdrowotność.

Jagoda Superlak, specjalista ds. trzody chlewnej De Heus: Dodatkową zaletą polskich prosiąt jest pewna powtarzalność, pewność źródła, możliwość sprawdzenia statusu zdrowotnego, historii zwierząt, sprawdzenia warunków. Odbiorcy polskiego prosiaka łatwiej jest dostosować się do zmiany żywienia, łatwiej mu dowiedzieć się, na jaką pasze może sobie pozwolić – może nawet otrzymać recepturę. Tak dzieje się w większości przypadków odbiorców pana Macieja, którzy kontynuują żywienie zwierząt na tej samej paszy.

Jak wyglądają pana wyniki hodowlane?
Jestem po dwunastym wyproszeniu, czyli każda grupa prosiła się 3 razy. Ilość prosiąt odsadzonych kształtuje się na poziomie 13,4, ale mamy cztery grupy pierwiastek, które obniżają wynik. Waga odsadzeniowa to ok. 6,5-7 kg. W 10 tygodniu prosięta zyskują 30 kg.

Co przede wszystkim determinuje wyniki?
Wyniki są zależne od hodowcy, który zarządza stadem, czyli m.in. od odpowiedniej paszy, obsługi weterynaryjnej, mikroklimatu, genetyki.

Niedługo wejdą w życie przepisy o ograniczeniu tlenku cynku. Przepisy dotyczące ograniczenia antybiotyków zostały wstrzymane, jednakże mimo braku restrykcji warto redukować ich obecność w hodowli. Czy wiąże się to dla pana z jakimiś zmianami? Ma pan obawy?

Zmiany będą bardzo duże, ale poradzimy sobie z nimi. W najbliższym czasie będę testować prestartery De Heus bez tlenku cynku. Jeśli chodzi o antybiotyki w mojej hodowli od początku występują tylko wówczas, gdy zachodzi taka konieczność. Dbam o dobrostan i zdrowotność stada, które jest pod opieką lekarza weterynarii, do którego mam zaufanie. Stawiamy na profilaktykę, bo lepiej zapobiegać niż leczyć. Dbałość o dobrostan i zdrowotność zwierząt, dobrze zbilansowana pasza i obserwowanie stada, by reagować na bieżąco, to ważne czynniki profilaktyki.


Jagoda Superlak:
Zwierzęta pana Macieja to młode, zdrowe stado, które ma zapewniony świetny dobrostan, co mocno ogranicza użycie antybiotyków. Stosowane są one tylko w sytuacjach naprawdę ich wymagających. Poza tym ważny jest dobrze dobrany program szczepień. Znaczenie ma też współpraca na linii hodowca-weterynarz-żywieniowiec oraz partnerstwo i wzajemne zaufanie, a także ciągłość weterynaryjna i żywieniowa. Weterynarz, obsługujący fermę pana Macieja zajmuje się także stadem, z którego pochodzą loszki pana Macieja. W wielu przypadkach ma także pod kontrolą gospodarstwa, które odbierają zwierzęta hodowcy. Dlatego nie ma leczenia metodą prób i błędów. Poza tym, jeśli fermy obsługuje ta sama firma żywieniowa, tak jak w wielu przypadkach ferm, z którymi współpracuje pan Maciej, wiadomo jest, co zwierzęta jadły, jaką recepturę przygotować.

Dlaczego zdecydował się pan na współpracę z firmą De Heus?
Z De Heus współpracuję od początku. Zdecydowałem się na współpracę ze względu na fachowe doradztwo, pasze dobrej jakości, w adekwatnej cenie. Do tej pory nie miałem żadnych problemów paszowych. Wszystkie komponenty kupuję w De Heus. Nie wyobrażam sobie, bym miał karmić np. prosięta produktami jednej firmy, lochy – inne lub co rzut wymieniać paszę. Wolę jedną firmę, która się sprawdza i bierze na siebie odpowiedzialność. Ważny był dla mnie także program loszkowy, oferujący bardzo dobre warunki. Program polega na tym, że kupując loszki, De Heus kredytuje je, rozkładając raty i umożliwiając spłatę dopiero po sprzedaży prosiąt. Jest to bardzo pomocne, ponieważ samo kupno stada wiąże się z dużymi wydatkami, zanim nastąpi sprzedaż mija jeszcze ok. 8-9 miesięcy, a w międzyczasie pojawiają się także inne wydatki. Pasza fakturowana jest na długi okres. Co ciekawe, część odbiorców moich prosiąt korzysta z programu kredytowania warchlaków od De Heus.

Jak wygląda żywienie zwierząt?
Żywienie prosiąt opiera się o rozwiązanie fermowe z linii Mammy Power, Pro Power (pasza przyuczeniowa, okołoodsadzeniowa i poodsadzeniowa), a prosiąt powyżej 20 kg o premiks 5%. Lochy dostają premiks z linii Perfect oraz koncentrat z włóknem Fiber Feed m.in. dla wsparcia mleczności.

Stosuje pan na swojej fermie rozwiązania chroniące środowisko?
Stosuję dodatki do gnojowicy, ograniczające odór oraz straty azotu i poprawiające mikroklimat w chlewni. Mam też zbilansowane receptury dla loch i prosiąt, dzięki czemu zwierzęta nie dostają więcej niż są w stanie wykorzystać, więc ograniczane są odchody, a wraz z nimi emisja gazów.

J.S.: Przypomnę tylko, że ważna jest jakość białka, nie ilość. Oczywiście można prosiakowi podać 20% białka, ale po co, skoro tego nie wykorzysta i wiąże się to m.in. z większym śladem węglowym. Lepiej podać mniej białka, ale takiego, które składa się z komponentów bardziej strawnych, np. mączkę rybną czy białko serwatkowe. Dzięki temu białko jest wykorzystywane w 100% i nie trafia do odchodów, a to ogranicza wydzielanie amoniaku, więc chroni środowisko. Dlatego właśnie tak ważne jest dostosowanie odpowiednich komponentów do wieku danego zwierzęcia, by białko było strawne i dobrze wykorzystane.

Co dla pana – jako hodowcy – jest najważniejsze, a co daje panu największą satysfakcję?
Zdrowotność zwierząt, która zapewnia dobrą kondycję i przekłada się na wyniki jest dla mnie najważniejsza. Ważnym aspektem jest oczywiście stabilność rynku. A satysfakcję czerpię z osiąganych wyników. Oczywiście, im lepsze np. przyrosty, wskaźniki odsadzeń, tym większa satysfakcja i radość.

Czy czuje pan, że produkuje żywność? Jaki wpływ ma pan na nią?

Hodowla to dla mnie przede wszystkim biznes. Jednakże zdaję sobie sprawę, że uczestniczę w łańcuchu produkcji żywności, dlatego tym bardziej dokładam wszelkich starań, by moje prosięta były zdrowe i zadbane, co przekłada się dalej na bezpieczeństwo żywności, a w przyszłości bezpieczeństwo konsumentów.


Jako młody hodowca ma pan pewnie wielu młodych znajomych rolników. Jak wygląda ich praca w hodowli?

Tak, mam duży kontakt z hodowcami w moim wieku. Nie brakuje młodych rolników z zapałem, ale niestety często są oni mocno hamowani przez rodziców. Muszą stosować się do ich reguł, bo np. tata tak robi od 20 lat, więc trzeba coś zrobić tak, a nie inaczej. Nie mogą się wykazać, chociaż bardzo by chcieli.

J.S.: Oczywiście istnieje wiele gospodarstw, w których młodsze pokolenie ma głos i decyzyjność, ale z reguły to tzw. starsza młodzież decyduje.

I szkoda, ponieważ wiele działań byłaby znacznie efektywniejsza, gdyby zostały oddane młodym. Moim zdaniem, hodowca nie musi znać się na wszystkim. Ja wolę pewne obszary, w których inni są ekspertami, zostawić tym osobom, np. weterynarzowi, żywieniowcowi. Są bardziej doświadczeni, wiedzą co robią.

Preferuje pan elektroniczne rozwiązania dotyczące np. faktur czy WZ? Czy woli pan tradycyjne – papierowe dokumenty?
Jestem zwolennikiem eFaktur, eWZ, ogólnie elektronicznej dokumentacji, ponieważ dzięki temu jest sprawniej, wygodniej i nie zgubię dokumentu. I dba pan też przy okazji w ten sposób o środowisko, ograniczając papier. To prawda.

Jakie są pana dalsze plany?
Długofalowym planem jest budowa tuczarni i domknięcie cyklu, by w ten sposób uniezależnić się od odbiorców i sytuacji na rynku.

Dziękuję za rozmowę, życząc jak najszybszej budowy tuczarni oraz świetnych wyników hodowlanych!