Choć ryzyko jest nieuniknione, warto je podjąć
Pierwszym działaniem, które musiałem podjąć, była próba oszacowania ryzyka. Jak duże ono jest. Na szczęście miałem osiem lat doświadczenia i przez ten pryzmat, kiedy patrzyłem jeszcze bardziej z boku, zdecydowałem, że choć ryzyko jest nieuniknione, zagrożenia czają się na każdym kroku, ponieważ to jednak produkcja i praca z żywym organizmem, warto je podjąć.
Anna Respondek-Dądela: Jak długo jest Pan już obecny w branży hodowlanej?
Jarosław Pawlak: Chowem brojlerów zajmuję się od 2007 roku. Ferma, na której jesteśmy obecnie, powstała w 2017 roku.
ARD: Jak wyglądały Pana początki?
JP: Pierwsza ferma była zarejestrowana na żonę. Obydwoje w tamtych czasach pracowaliśmy dodatkowo na etatach - ja w Urzędzie Skarbowym, a żona w szpitalu. Wtedy zajmował się tym przede wszystkim teść. Jednak w 2014 roku postanowiliśmy, że czas się dalej rozwijać. Dokupiliśmy ziemię, dwa lata zajęło nam uzyskanie odpowiednich pozwoleń i tak w 2016 roku inwestycja wystartowała. Ze względu na to, że sukcesywnie się rozbudowywaliśmy, w 2017 roku zawiesiłem pracę w urzędzie skarbowym i odszedłem na bezpłatny urlop. Taki stan trwał trzy lata. Później zrezygnowałem z pracy w urzędzie całkowicie i obecnie zajmuję się już jedynie produkcją.
ARD: A skąd taka decyzja, aby zupełnie odejść od pracy w urzędzie?
JP: Żona pochodzi z rodziny, która ma dość długie tradycje hodowlane. Teść od 1978 roku zajmował się produkcją i wciąż dogląda biznesu i służy pomocą. A my po dziesięciu latach na pierwszej fermie stwierdziliśmy, że jest to dość rentowny biznes i postanowiliśmy zwiększyć produkcję.
ARD: Jak dużo brojlerów obecnie jest na Państwa fermach?
JP: Dzisiaj rocznie produkujemy ok. 1 200 000 ptaków i jak na fermy, które istnieją w naszych okolicach, nie jest to zawrotnie duża liczba.
ARD: Pracował Pan na etat w urzędzie, ma Pan doskonałe porównanie. Czy jest coś, co szczególnie można docenić w tym biznesie?
JP: Na pewno jest to niezależność. Podejmowanie decyzji i świadomość, że to, co się wydarzy, zależy przede wszystkim ode mnie z tymi dobrymi i złymi skutkami. Nawet jeśli popełnię błąd, to wiem, że jest to mój błąd. To również dużo większe zarobki niż na etacie.
ARD: Jednak wszedł Pan w branżę, która niesie ze sobą dużą odpowiedzialność i ryzyko.
JP: Pierwszym działaniem, które musiałem podjąć, była próba oszacowania ryzyka. Jak duże ono jest. Na szczęście miałem osiem lat doświadczenia i przez ten pryzmat, kiedy patrzyłem jeszcze bardziej z boku, zdecydowałem, że choć ryzyko jest nieuniknione, zagrożenia czają się na każdym kroku, ponieważ to jednak produkcja i praca z żywym organizmem, warto je podjąć.
ARD: Co w takim razie, według Pana, jest największym wyzwaniem w produkcji brojlerów?
JP: W naszym terenie przede wszystkim jest to zagrożenie chorobowe związane z dużym natężeniem produkcyjnym, nasycenie fermami. To dziesiątki milionów ptaków, które przebywają w niedalekiej odległości. Od drobiu rzeźnego po drób nieśny i wodny. Presja środowiskowa, sanitarna i weterynaryjna to według mnie największe wyzwanie, zachowanie odpowiedniej bioasekuracji.
ARD: Czy na ten moment widzi Pan efekty takiego działania?
JP: Tak. Większość zagrożeń ominęliśmy dość szczęśliwie. Grypę ptaków z 2021 roku jako jedni z nielicznych. Nie mieliśmy ognisk, choć 300 metrów od nas takie ognisko się pojawiło. Żywiec również udało się sprzedać w cenach komercyjnych. Obecnie mamy ok. 800 metrów do najbliższej fermy i wiemy doskonale, że wirusy nie przenoszą się jedynie na podeszwach, a na wiele innych sposobów. Potrzebne jest również szczęście.
ARD: Ryzyko i szczęście w biznesie się przeplatają. Jakie działania charakteryzowały Pana drogę do rozwoju?
JP: Przez wiele lat obserwowałem ten rynek z boku i przyglądałem się temu, jaka jest koniunktura i rentowność. Mogłem sobie to dokładnie policzyć na podstawie tego pierwszego kurnika. W 2014 roku, kiedy Polska była już od dziesięciu lat w UE, pomyślałem, że to dobry moment, aby działać dalej. Produkcja żywności to raczej dobry biznes, jeśli prowadzi się go w sposób zorganizowany i się o niego dba. Tak też pokazują różne dane statystyczne. Oczywiście czasem koniunktura jest lepsza, czasem gorsza. Jednak na gruncie innych działalności wygląda to dość stabilnie. Podczas szesnastu lat pracy w urzędzie skarbowym mogłem przyjrzeć się różnym biznesom.
ARD: Czyli Pana doświadczenie z urzędu skarbowego się przydaje.
JP: Tak. Kwestie „papierkowe” w całości są po mojej stronie. Nie wspieram się żadnymi biurami zewnętrznymi.
ARD: Jak według Pana wygląda w takim razie dobra i usystematyzowana hodowla? Jak wygląda dzień hodowcy?
JP: Jako właściciel mogę swoją pracę podzielić na część produkcyjną i biznesową. W części produkcyjnej przynajmniej raz w tygodniu, nawet jeśli nic się nie dzieje, spotykam się z weterynarzem, który dogląda stado, robi sekcje, a ja się temu wszystkiemu przyglądam i wiele kwestii z nim konsultuję. Reagujemy na bieżąco, nie czekamy. Sam też często wchodzę na halę, choć z rozsądkiem, aby przypadkiem niczego tam nie wnieść. Korzystam również z systemów, które pokazują, jak wszystko na fermie działa, np. parametry żywieniowe, ilość zjedzonej paszy czy wypitej wody.
ARD: Mówił Pan, że mógłby Pan swoją pracę podzielić na dwie części.
JP: Część ekonomiczna to spotkania z dostawcami, nie tylko paszy, choć pasza to przeważający koszt. Drugim jest pisklak. Spotkania służą negocjacjom z dostawcami, żeby było jak najlepiej.
ARD: Jak wygląda u Pana chów pod względem stosowania antybiotyków.
JP: Znam statystyki, jednak nie do końca im ufam. Wiem, skąd biorę antybiotyki i ile ich jest. Produkowałem również dla KFC i musiałem udostępniać dokładne dane dotyczące ilości i dni podawania antybiotyków. Wymagania są bardzo restrykcyjne. Publikowane dane są moim zdaniem krzywdzące dla polskich hodowców. Antybiotyki podajemy tylko wtedy, kiedy są naprawdę niezbędne, m.in. po to, aby uniknąć antybiotykoodporności. Warto również wspomnieć, że podanie takiego leku to duży koszt dla hodowcy.
ARD: Jak rozpoczęła się Pana współpraca z firmą De Heus?
JP: W zasadzie rozpocząłem współpracę z Golpaszem, który został wchłonięty przez De Heus. I tym sposobem naturalnie przeszliśmy do działania razem.
ARD: Dlaczego został Pan przy paszy De Heus?
JP: Do niedawna na wolnym rynku liczyły się jedynie dwie mieszalnie. Ja nie zawieram kontraktów z ubojniami, oddzielam sprzedaż żywca od zakupów paszy. Zatem wysokiej jakości pasze oferowało jedynie kilku dostawców. W De Heus liczy się przede wszystkim jakość i stabilność dostaw. Dodatkowo bliskość położenia fabryki. W perspektywie trzeba pamiętać o podatku węglowym i generowaniu śladu węglowego.
Produkcja żywności to raczej dobry biznes, jeśli prowadzi się go w sposób zorganizowany i się o niego dba. Tak też pokazują różne dane statystyczne.
ARD: Czy nowoczesne systemy pomagają w szybkim reagowaniu?
JP: Przy kurczaku jest tak, że zanim on zachoruje, a choroba przerodzi się w postać kliniczną, pierwsze objawy pojawiają się w parametrach statystycznych, czyli np. wodzie i paszy. Dopiero po dwóch, trzech dniach widzimy zmianę w zachowaniu ptaków i naocznie można stwierdzić, że nie są zdrowe. Te systemy pozwalają również zarządzić paszą i sprawdzić, jaka jest jej jakość, czy nie jest np. za twarda. System umożliwia obserwację klimatu (środowisko i powietrze), np. jaka jest w hali zawartość dwutlenku węgla, w jakich przedziałach powinna się mieścić temperatura. To zdecydowanie ułatwia reagowanie.